Macie czasem wrażenie… / Do you sometimes feel…

Luty 18, 2012

… że wszystko Wam się pogubiło, że Wy się pogubiliście i nagle znaleźliście się w samym centrum czarnej dziury? I że nie możecie znaleźć ani siebie, ani tego, co zwykle siedziało w Waszych głowach, ani uspokajającego głosu, który twierdzi, że “wszystko będzie dobrze”?

Może to zima, może zmęczenie, może przymusowy postój, może uczucie osamotnienia. Może wszystko na raz, może nic z tych rzeczy. Ale zgubiłam się i nie mogę się znaleźć. Nawet wizyta w Sheffield nie pomogła, dodała tylko nieporządek do chaosu.

Ale to nic. Może podczas poszukiwań zagubionej mnie znajdę jeszcze jakieś inne rzeczy.

Na pewno herbatę z miodem, imbirem i cytryną w kuchni.

/

… that everything is lost, that you’re lost and suddenly you’re in the middle of the black hole? And that you can’t find yourself, nor anything that usually was sitting in your heads, or this calm voice saying “everything will be all right”?

Maybe it’s winter, maybe tiredness, maybe forced stop, maybe the feeling of solitude. Maybe all of it, or maybe nothing. But I’ve lost myself and I can’t find it. Even my visit in Sheffield didn’t help and just added the mess to my chaos.

But that’s OK. Maybe in process of finding myself I’ll find some other things.

For sure tea with honey, ginger and lemon in the kitchen.

Praca praca praca / work work work

Luty 13, 2012

I w sumie nic więcej. Ech. Dobrze, że w piątek mam wolne (i jadę do Sheffield pohasać na parkiecie!), bo zaczynam się czuć, jakbym żyła w miejscu, w którym pracuje. I dobrze, że Amar odwiedza Londyn, bo gdyby nie spotkania z moim australijskim duchowym bratem bliźniakiem, oszalałabym niechybnie.

A jeszcze bardziej przecież już się nie powinno dać.

/

And nothing more. Eh. Good I’m off on Friday (and going to Sheffield to dance my soul off on a dancefloor!), because I’m starting to feel like I was living in my work place. And good that Amar is visiting his relatives in London, because if I wasn’t meeting my Australian soul brother, I’d go mad.

And it shouldn’t be possible to be more mad than I already am.

Urodziny w Sheffield

Luty 2, 2012

Z przeprowadzki do Londynu wynikła jedna fantastyczna rzecz – Sheffield jest odległe tylko 4 godziny jazdy autobusem. Nie myśląc zatem długo (zwłaszcza nad stanem mojego konta), zarezerwowałam sobie wolne na wtorek, oraz zabukowałam bilet. I ruszyłam w drogę.

Bycie w drodze zawsze podnosi mnie na duchu. Dodatkowo jechałam do mojego ulubionego miejsca na Ziemi. A przynajmniej takie były moje wspomnienia.

Chodzenie po mieście, w którym tyle się w moim życiu wydarzyło, było bardzo dziwnym przeżyciem. Moje półroczne podróże sporo we mnie zmieniły, a tu nagle przychodzi mi przeżyć powrót do przeszłości. Zaczęłam się zastanawiać, czy to moje uwielbienie do tego uroczego miasta w Yorkshire nie było spowodowane łatwością tam życia.

Ale potem zjawili się moi znajomi. Noemie, Jose, Rachel, Liam, Dave, Ben i Scott. I przypomniałam sobie, że moje pozytywne wrażenia wyniesione z Sheffield były głównie związane z ludźmi. Części już tam nie ma, ale ci, którzy zostali (albo przyjechali specjalnie dla mnie ;) nadal sprawiają, że moja dusza radośnie podskakuje i sprowadza uśmiech.

No i może pomaga też trochę fakt, że mimo okrutnego zimna w Sheffield już wiosna.

Trochę już…

Styczeń 20, 2012

… zmęczyło mnie podróżowanie i stałe zmiany. Czuję to zwłaszcza teraz, kiedy wróciłam do Londynu i znów okupuję pokój koleżanki, bo na razie nie stać mnie na własny, wróciłam do pracy, której nie lubię, przeszłam przez początkowe kłopoty finansowe (tu jeszcze raz wielkie dzięki dla rodziny za szybką interwencję), i spędzam godziny w środkach transportu publicznego. Ale wiem, że to tylko zima, brak słońca i witamin. I wiem, że jak tylko trochę zwolnię i trochę się ustatkuję, któregoś dnia obudzi mnie głos mojej duszy szepczącej “w drogę! w drogę!”. Krew zacznie krążyć szybciej, nogi niecierpliwie podrygiwać i cały mój organizm nie uspokoi się, póki nie założę plecaka i nie wyruszę na kolejną tułaczkę.

I wtedy pójdę daleko, pójdę na łąki malowane złotem i rdzą

No ale oprócz marudzenia i depresji Londyn czaruje swoimi uroczymi zakamarkami, mnóstwem kawiarni, kawiarenek i intrygujących barów szybkiej obsługi, pubami i łatwym dostępem do wszelkich potrzebnych rzeczy. Wiem, że znów się zaprzyjaźnimy, że tym razem będzie lepiej i łatwiej. Zwłaszcza, że jestem tu tylko na chwilę.

No to…

Styczeń 12, 2012

… w poniedziałek powrót do stacji docelowej, od której zaczął się ten blog, czyli do Londynu. Zobaczymy, co też on mi przyniesie.

Pewnie nie będzie tam drzew na prąd, jakie można znaleźć na Islandii.

Wśród szumu wichury…

Styczeń 8, 2012

… która skutecznie uniemożliwiła mi wyprawę na kolejne dzikie tańce, przeglądam zdjęcia z islandzkiej stolicy. Znaleźć w niej można przedziwne rzeczy, takie jak świąteczne głowy stormtrooperów

ciekawe budynki w skromnych zakamarkach (oj tak tak, wielbię czarn0-białe)

fantastyczne antykwariaty

by po spacerze podelektować się własnoręcznie przyrządzonym glogi

i niewłasnoręcznie stekami wieloryba.

A nocami straszy tu zamaskowany manekin

i fakt, że nie odbijam się w szybie.

Kolejny rok…

Styczeń 1, 2012

… zastał mnie w obcym kraju, z brakiem planów na przyszłość i brakiem zajęcia na teraźniejszość, co sprawia, że moje życie jest wielką, otwartą na każdą możliwość pustką, która da się kształtować wedle woli i uznania.

2011 był świetny. Anglia, Polska, Norwegia, Indie i Islandia. Trochę więcej we mnie świata, trochę mniej go poza mną. Kilku nowych nieznajomych zmieniło się w przyjaciół. Ufam sobie trochę bardziej i mocniej wierzę we własne możliwości. Wiem nieznacznie więcej o tym, nad czym muszę jeszcze u siebie popracować. Zebrałam kilka nowych historii do plecaka, tak na wszelki wypadek gdyby czyjeś wnuki przyplątały się do mojego bujanego fotela i chciały posłuchać.

A poza tym Islandczycy naprawdę mają bzika na punkcie sztucznych ogni. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego chaosu fajerwerków. Zwłaszcza z samego środka wydarzeń.

Och, czas na jakieś śniadanie. Szczęśliwego nowego moi drodzy.

Święta

Grudzień 24, 2011

Choinka ubrana

grzyby oczekują na przemianę w uszka

barszcz już czeka

i tylko karpia nie ma. Ale że trzeba sobie jakoś radzić, zostanie zastąpiony mięsem kangura.

W końcu i tak wszystko smakuje jak kurczak.

Wesołych Świąt, niech Wam się wszystko poukłada, a chaos życiowy będzie tylko źródłem inspiracji.

Ostatni dzień na farmie

Grudzień 19, 2011

Przegryzając karmelową czekoladę wygraną od Aniki w zakładzie, czy wytrzymam siedem sekund pod prysznicem wody wyciekającej z dziury w wężu, spędzam swój ostatni dzień na farmie. Nie różni się za bardzo od poprzednich, bo krowy nie zwracają uwagi na przychodzących i odchodzących i potrzebują dojenia, mycia i karmienia. Tylko u mnie atmosfera oczekiwania, pakowanie się (jak zwykle przysparzające najwięcej kłopotów), znów niepewność co będzie dalej, gdzie jak kiedy dlaczego i z kim. Choć znając moc podróżowania podejrzewam, że wszędzie dobrze niedługo bo tak i z fantastycznymi ludźmi.

Bo świecie,

Na farmie…

Grudzień 8, 2011

… dzień zaczyna się około 7:30 – 8. Ja zwykle wstaję około 7:45, wykorzystując do ostatka każdą możliwą sekundę leżenia w ciepłym łóżku, wdziewam robocze ciuszki, wychodzę ze “swojego” domu (mój pokój to ten po lewej, gdzie jest otwarte okno):

i idę do domu głównego na śniadanie.

Miskę płatków z mlekiem później kroki swoje kierujemy do zagrody, gdzie czekają krowy.

Tam następuje czyszczenie, dojenie, karmienie i znów czyszczenie tychże stworzeń (oraz przestrzeni dookoła nich). Nie jest to prosta sprawa, mimo mojego już drugiego tygodnia tutaj moje mięśnie dalej dają się we znaki. Zwłaszcza dłonie, od ściskania różnych wersji szczotek służących do różnych sposobów usuwania zanieczyszczeń.

Dojenie odbywa się według specjalnego systemu, dla mnie na tyle skomplikowanego, że postanowiłam wykorzystać wiedzę pracującej ze mną Aniki, która jest tutaj już długo, i stworzyć odpowiedni diagram:

Najbardziej nie lubię, i już tego nie robię, czyścić przed dojeniem Yolli, bo jest wielka i kopie i nie mogę z nią dojść do porozumienia. Z kolei Rakel zawsze wychodzi ze swojego boksu jak tylko usłyszy odgłos szczotki, co nie zawsze jest OK, bo czasem trzeba posprzątać przed nim, co ona skrzętnie uniemożliwia swoim ogromnym cielskiem.

Po wszystkim można wyjść z mroku stajni i porozglądać się trochę dookoła

Około drugiej trzeba znowu posprzątać i nakarmić krowy. W międzyczasie można pobawić się z rojącymi się wszędzie stworzeniami o nazwie…

… koty!

Potem zwykle można odpocząć, choć czasami jeszcze trzeba oddzielić białe owce od czarnych, lub też pospisywać ich numery. (Owiec jest około 250… wszystkie mają imiona!).

No i około 19:00 następuje kolejna partia czyszczenia, dojenia, karmienia i znów czyszczenia. I tak kończy się dzień.

A oto widok, jaki najczęściej ostatnimi dniami ukazuje się moim oczom:

Tak, Islandia.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.