10 dni… // 10 days…

Czerwiec 23, 2017

… przez które nie czułam się głupia nie potrafiąc wypowiedzieć jakiegoś słowa, bo wszystkie grzecznie czekały w głowie na swoją kolej.

10 dni, przez które ani razu nie usłyszałam żartu ani przytyku o byciu imigrantką.

10 dni jazdy przez lasy, pola, wsie i miasta, w których tyle jeszcze polskości zapamiętanej z czasów dzieciństwa.

10 dni odwiedziń rodziny i spotkań ze znajomymi.

10 dni ciekawości, co by było gdyby życie potoczyło się innymi torami i to miejsce nazywałabym domem.

10 dni w Polsce na odnalezienie tych kawałków siebie, które jakoś się ostatnio zawieruszyły.

10 dni na zresetowanie przegrzanych zwojów mózgowych, żeby z nowymi siłami zabrać się za życie.

A teraz czas na tradycyjną brytyjską rybę z frytkami i tłuczonym neonowym groszkiem. Bycie hybrydowym, międzygranicowym tworem współczesności ma swoje kulinarne zalety.

//

… during which I didn’t feel stupid fumbling for words, because they all waited patiently in my head, ready to be spoken.

10 days of not hearing even once a joke or allusion to being an immigrant.

10 days of a ride through the forests, fields, villages and town still full of polishness, so well remembered from the childhood.

10 days of meetings with family and friends.

10 days of curiosity about the alternative reality in which I have chosen to stay and called that place home.

10 days in Poland of collecting and recovering the pieces of me that recently went missing.

10 days to reset my overheated brain coils and to get on with life with a new energy.

And now it’s time for traditional British fish&chips with mushy peas. Being a multiboardered hybridised creation of contemporaneity has its culinary perks.

Reklamy

Sharow Lantern Carnival

Kwiecień 11, 2017

Kiedy byłam mała, wierzyłam w magię zaklętą w różdżkach, zaklęcia rzucane przez czarodziei, i maści na wszelkie dolegliwości przygotowywane przez szeptuchy. Dorosłość zmieniła moje poglądy – odkryłam, że są różne rodzaje magii.

Jednym z nich jest ta wytwarzana przez ludzi, którzy zbierają się razem w celu szerzenia radości, kreatywności i otuchy. Tak jak podczas Sharrow Lantern Festival, który odbył się w niedzielę w Sheffield.


Przygotowania do niego trwają cały rok. Wolontariusze prowadzą warsztaty budowania niesamowitych latarń – co roku z innym motywem przewodnim. Był między innymi kosmos i owady, a w tym roku dżungla i jej mieszkańcy. Odbywają się też różne wydarzenia, dzięki którym możliwe jest zebranie funduszy potrzebnych na poprowadzenie parady.


Samo wydarzenie jest fantastyczne – pochód rozpoczyna się w jednym z parków, przechodzi krętymi uliczkami dzielnicy Sharrow, by potem zakończyć się koncertami w parku cmentarnym. Jest coś niesamowitego i fascynującego w świętowaniu życia tuż obok śpiących snem wiecznym.


W tym roku nie dotrwałam do świętowania. Po paradzie udałam się do domu, aby zażyć może nie wiecznego, ale całkiem długiego i potrzebnego snu. Bo dorosłość to nie tylko zmiana wierzeń – to również niesamowite zmęczenie. Nie dorastajcie, lepiej wierzyć we wróżki.


//


I used to believe in magic living in wands, wizards casting spells and various potions brewed by the old, wise women. Growing up changed my perception – I discovered that there are many kinds of magic.


One of them is the one that appears when people gather together to express and share their creativity, joy and hope. As during the Sharow Lantern Carnival, which happened last Sunday.


The preparations to it lasts a whole year. Volunteers led workshop on building lanterns – with a different theme every year. There was space and bugs, and this year it was jungle and its occupants. There are also various events to raise funds to make this parade available.


The Carnival itself is fantastic – it starts in one of Sheffield parks, winds through the streets of  the Sharrow district and ends with live music and performances in the cemetery park. There is something mystical and fascinating in celebrating life right next to the ones that sleep their eternal sleep.


I didn’t make it to the celebration. After a parade I went back home to sleep – not eternally, but long enough to recover. Being grown up brought me not only change in beliefs, but also insane tiredness. Do not grow up – believe in fairies instead.



Czego oczy nie widzą, to im pokaż // What the eye doesn’t see, show it.

Marzec 27, 2017

Tak łatwo w swoich poszukiwaniach nieustannych przygód przegapić te, które chowają się w najbardziej niewidocznych miejscach – za rogiem bloku, po drugiej stronie ulicy, na drugim końcu miasta. W ubiegłą sobotę postanowiliśmy ze Scottem odkopać jeden taki skarb – ulicę Abbeydale. Od naszego mieszkania to 15 minut autobusem, albo pół godziny piechotą. Ulica ta skrywa wiele uroczych miejsc, o których opowiem za chwilę. //

In the constant search for adventure it is so easy to overlook those that hide in the most difficult places – behind the corner of the block, on the opposite side of the road, at the other end of town. Last Saturday Scott and me decided to uncover one of the hidden treasures – Abbeydale Road. It contains lots of lovely places – I will tell you about them in a while.

Podróż rozpoczęliśmy od jazdy autobusem – wysiedliśmy przy barze o nazwie Broadfield. Za wcześnie jeszcze było na alkoholowe pokrzepienie, więc ruszyliśmy dalej. 

Naszym pierwszym przystankiem była piekarnia Forge Bakehouse. Skusiliśmy się na chleb z ziarnami słonecznika i lnem. Był przepyszny (zwłaszcza zapieczony z serem, pesto i przecierem pomidorowym). Podejrzewam, że kolejna wizyta skończy się zakupem jednego (kogo ja próbuję oszukać?) z ich smakowicie wyglądających ciast. Tarto z orzechami pekan – mówię o Tobie! //

We started our adventure with a bus journey – we got out near the Broadfield pub. It was too early for the alkoholic beverages, so we went on.

The first stop was the Forge Bakehouse. We purchased bread with linseen and sunflower seeds. It was delicious (and when toasted with cheese, pesto and tomato puree – oh my word!). I think next time will be the time to try one (as if) of their cakes. Pecan pie – I’m talking about you! //

Odwiedziliśmy też dziwne sklepy z bardzo różnorodnym asortymentem. W jednym z nich kupiłam książkę Johna Wyndhama „Poczwarki”. Z okładki dowiedziałam się, że to autor „Dnia Tryfidów”, którego filmową adaptację uwielbiam, pełna więc jestem nadziei na świetność. //

We have visited various shops with quirky assortiment. In one of them I bought a book „Chrysalids” by John Wyndham. On the cover I read that he’s the author of „The day of the Triffids”, which in its film form I love, so I am excited to read it.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Następnie udaliśmy się do Mr. Pickles’ Yorkshire Food Emporium, gdzie zaopatrzyliśmy się w ciekawe piwa. Czekam z utęsknieniem na piątek, kiedy zamierzam dobrać się do mojego marmoladowego portera. //

Next we headed to the shop called Mr. Pickles’ Yorkshire Food Emporium, where we have bought interesting beers. I can’t wait for Friday and getting into my Marmelade Porter.

Na śniadanie zawitaliśmy do kawiarni Bragazzis. Poczułam się tak zupełnie kontynentalnie – w Anglii brakowało mi takich fajnych kawiarenek. Zamówiliśmy kawę i kanapki, które okazały się przepyszne. //

For breakfast we decided to go to Bragazzis. I felt so European in there! I have missed quirky cafes like that in England. We ordered coffee and sandwiches – which turned out to be delicious.

#colorsofcoffee Sheffield: Bragazzis

Potem Scott rzucił się na mięso u polskiego rzeźnika (który podobno ma tam sklep od lat i sprzedaje najlepsze kiełbasy w Sheffield). Ja mięsa nie jem od ponad roku, więc się nie rzucałam. //

After that Scott threw himself into the meat purchases at the Polish butcher (that apparently is there for years and sells the best sausages in Sheffield). I don’t eat meat for over a year now, so I stayed put.

The dog I didn’t eat

Reszta była miłym spacerem powrotnym – pogoda dopisała, marchewkowo-przyszłościowe okulary przeciwsłoneczne wylądowały na nosie, a czas płynął błogo. Dobrze tak czasem poodkrywać to, co nie jest w żadnej mierze zakryte, i dlatego tak trudne do zauważenia. Polecam ja, Jarząbek. //

The rest was a nice walk – the weather was nice, my futuristic carrot sunglasses landed on my nose, and the time went slowly by. It’s so nice to discover places that are not in any way hidden, and that’s why so difficult to find. I can highly recommend that.

Grandpa Scott

Opowiadania z Doliny Muminków // Moominvaley stories

Marzec 8, 2017

Pewnego dnia, przeglądając jak zwykle Internetowe głębie, natknęłam się na fantastyczną wiadomość – w szwedzkojęzycznym teatrze w Helsinkach wystawiona będzie sztuka o Tove Jansson. Po szwedzku potrafię tylko podziękować i przeprosić (uwielbienie do kina szwedzkiego ma dużo zalet), więc dużo bym ze sztuki nie zrozumiała. Na stronie ogłoszono jednak, że sztuka ma napisy po angielsku! Po (bardzo, wręcz nieistniejącym) krótkim wahaniu kupiłam bilet na sztukę, bilety lotnicze i zarezerwowałam hostel. Pierwszy weekend marca zapowiadał się bajecznie. //

One day, during my swim in the Internet ocean, I found an exciting news – there was to be a play about Tove Jansson in Swedish theatre in Helsinki. Now in Swedish the only things I can say are thank you and sorry (years of indulging in Scandinavian cinema), so I wouldn’t understand much from the play. The website I found the information on announced that there will be English subtitles though. After (very short, nearly non-existent) hesitation I bought my ticket for play, plane tickets and booked my hostel. The first weekend of March was going to be absolutely amazing.

Około tygodnia przed wyjazdem przeglądałam sobie stronę teatru (bilety kupiłam przed premierą sztuki, po premierze było na niej o wiele więcej informacji). Nagle zauważyłam, że napisy do Tove są tylko po szwedzku i fińsku! Hola, hola, pomyślałam, jestem pewna, że powinne też być po angielsku. Napisałam do teatru i odpowiedź była bardzo rozczarowująca – to był błąd na stronie, spowodowany faktem, że sztuki w poprzednim sezonie opatrzone były napisami w tymże języku. Przemiła pani, z którą korespondowałam powiedziała, że spróbuje przesłać mi scenariusz po angielsku, oraz że dostanę zwrot pieniędzy za bilet. Trochę mnie to rozczarowało, ale w Helsinkach miałam sporo planów poza teatrem, więc dalej nie mogłam się doczekać wyjazdu. //

About a week before my trip to Helsinki I was browsing the site of the theatre. I bought my tickets for Tove before the premiere, so now there was more information about it. Suddenly I noticed that the subtitles for the play are only in Swedish and Finnish. Whoa, I thought, I was sure they should be in English as well! I wrote to the theatre and got a disappointing response – it was a mistake on the website, they used to get English subtitles to play in previous season. A wonderful woman who was replying to me said that she will try to get me a synopsis in English and will refund me on the ticket. I was a bit disappointed, but then again I had more things I wanted to do in Helsinki, so I was still looking forward to the adventure.

***

A teraz przygotujcie się na zwrot akcji, który może wydawać się możliwy tylko w książkach albo filmach – dwa dni przed wyjazdem dostałam kolejny email. Marie (bo tak ma pani pracująca w teatrze) napisała, że ona i jej dwójka współpracowników zdecydowali się przetłumaczyć napisy na angielski – tylko dla mnie! Taki ten świat jest czasem przyjazny. //

And now prepare for a twist that you could expect only from books or movies – two days before my trip I’ve got another email. Marie (who was coresponding with me) told me that her and two of her colleagues decided to translate the subtitles to English – just for me! Sometimes, this world is wonderful.

***

Tuż przed rozpoczęciem sztuki przeżyłam chwilę grozy. Pan szatniarz, na moje pytanie o urządzenie z napisami odpowiedział, że owszem, takie urządzenie jest, ale napisy w nim są tylko po szwedzku i fińsku. Urządzenie to nie działało również poza salą widowiskową, do ostatniego momentu więc nie wiedziałam, czy przypadkiem nie przenieść się w przyszłość, wszczepić chip z językiem szwedzkim, a potem wrócić do obecnego momentu. Takie drastyczne działanie na szczęście nie było konieczne – język angielski pojawił się na moim ekranie! //

I lived through some moments of horror just before the play. After I left my coat in the cloackroom and enquired about the device with the subtitles, I was told by the portier that of course, I can have one, but there are no subtitles in English on it. The device didn’t work outside the stage area as well, so up until the last moment I wasn’t sure if it wouldn’t be a good idea to go to the future, implant a chip with a Swedish language and come back. Fortunately it deemed to be unneccessary and the English subtitles appeared on my screen!

Sztuka była cudowna. Zabawna, smutna, ciekawa i dała mi niesamowity, jedyny w swoim rodzaju wgląd w życie Tove Jansson. Sam teatr był przepiękny i nawet cena 8 euro za mały kieliszek wina nie zmieniła mojej opinii. //

Play was amazing. Funny, sad, interesting and gave me a great and one in a kind insight into the life of Tove Jansson. The theatre itself was beautiful. Even paying 8 euros for a small glass of wine didn’t change my opinion.


A kolejnego dnia wybrałam się zobaczyć ulicę i dom, w którym Tove mieszkała do 20 roku życia. Przeszłam się po parku (a raczej małym skwerku) nazwanym jej imieniem. Odwiedziłam dwie muminkowe kawiarnie (w pierwszej zapiszczałam z radości na widok mojej kawy zaserwowanej w kubku z Włóczykijem, w drugiej spotkałam się z koleżanką z Erasmusa Julie). Zobaczyłam też freski, które Tove pierwotnie namalowała dla jednej z helsińskich restauracji, a która teraz znajduje się w muzeum HAM (które pachnie jak popcorn, bo jest w tym samym budynku co kino). Kupiłam muminkowe kawę i herbatę, a potem wróciłam do domu. Jeden z najpiękniejszych, najbardziej inspirujących weekendów, jakie przyszło mi przeżyć. Oby takich jak najwięcej. Życie, czytasz? //

The next day I went to see the street and a house that Tove used to live on till she was 20 years old. I wandered through the park (or rather a small square) named after her. I visited two Moomin cafes (in the first one I squealed with joy when I saw my coffee served in a cup with Snufkin, in the second I met with my friend from Erasmus Julie). I saw an exhibition of murals that Tove originally painted for one of the restaurants, and now they are permanently placed in HAM museum (that smells like popcorn, because it’s in the same building as the cinema). I bought Moomin coffee and tea, and went back home. This was one of the most joyful, inspiring weekends in a long time. I would love to experience more of those. Life, are you reading this?

Malagowe przygody // Adventures in Malaga

Luty 3, 2017

„Co by tu zrobić w nadchodzące urodziny?” – pomyślałam pewnego wrześniowego poranka (bo jak każdemu wiadomo, urodziny to rzecz poważna i trzeba się nad nią długo zastanawiać). Trzeba Wam wiedzieć, że nie przepadam za hucznymi imprezami na moją cześć. Siedzenie w Sheffield też niezbyt mnie radowało. Weszłam zatem na stronę skyscanner.net i, decydując niby palcem na mapie, kupiłam najtańsze bilety na podróż w nieznane. Czyli do Malagi. //

„What to do for my next birthday?” – I wondered during one of the September’s mornings (because everybody knows that birthdays are a very serious matter and require prolonged consideration). You have to know that I’m not a fan of loud parties in my honour. I wasn’t that bothered about staying in Sheffield also. So I launched skyscanner.net and, just as if choosing by finger on the map, I bought the cheapest tickets to the unknown. That is, to Malaga.

IMG_20170127_174858342.jpg

Podróż do Malagi rozpoczęła się pobudką o czwartej nad ranem, jako że mój pociąg na lotnisko odchodził o piątej. Szczerze mówiąc pewnie i tak dłużej bym nie pospała, bo podróże zawsze wprawiają mnie w nastrój ekscytacji i niepokoju.

Do hostelu Casa al Sur dotarłam bez problemów. Po chwili niepewności, czy mój pokój jest już gotowy (okazało się, że jest – dwie godziny przed czasem!), dostałam do niego klucze. Moja radość nie miała granic – była w nim wanna! //

The journey to Malaga started at 4 am, as my train to the airport was leaving at 5. To be fair, I probably wouldn’t have slept much longer, as travels often make me excited and anxious.

I reached the hostel, Casa al Sur, without any problems. After a few moments of uncertainty to whether my room was ready (it was – two hours before it was supposed to be!), I  got keys to it. My joy was enormous – I had a bath!

IMG_20170128_132040047.jpgIMG_20170128_132058999.jpgIMG_20170128_132114770.jpg

Po szybkim prysznicu i trochę dłuższej sieście (no co, w końcu trzeba zanurzyć się w napotkanej kulturze!) stwierdziłam, że do życia koniecznie potrzebne są mi tapas. Udałam się zatem do miejsca polecanego w Internecie, nazwanego Casa Lola. Zamówiłam piwo i od razu dostałam do niego oliwki.

Jak wiadomo, na świecie są oliwki i oliwki. Te pierwsze dostępne są we wszelkich supermarketach, sałatkach, pizzach i potrawach na świecie. Te drugie znaleźć można tylko w śródziemnomorskich krajach. Nie mają sobie równych, ich intensywny smak od razu przenosi człowieka w nadprzestrzeń wrażeń.

No ale przecież nie po takie nieziemskie doświadczenia udałam się do tej tawerny. Zamówiłam więc patatas bravas, carpaccio de pulpo gambas con guacamole. Czyli pieczone ziemniaki, ośmiornicę i krewetki z guacamole. Wszystko było przepyszne. Jak się potem okazało, był to mój najlepszy posiłek. //

After a quick shower and not so quick siesta (as they say, you have to immerse yourself in the new culture!), I decided that I need some tapas in my life. I went to the place recommended somewhere on the Internet and called Casa Lola. I ordered a beer and straight away got some olives with it.

As it is known, there are olives and olives. The first kind is easily available in all supermarkets, salads, pizzas and dishes around the world. The second kind can only be found in Mediterranean countries. There is nothing like it, their intensive taste takes one into the hyperspace of sensations.

But it’s not for such extraterrestrial experiences that I came into this tavern. So I ordered patatas bravas, carpaccio de pulpo and gambas con guacamole. Which is: baked potatoes, octopus and prawns with guacamole. All was delicious. After my trip I can easily say that it was the best meal I have had in Malaga.

IMG_20170128_162949278.jpgIMG_20170128_165419345.jpg

A potem? A potem było zwiedzanie, oglądanie, łażenie, kawowanie, jedzenie, spanie, marzenie, wzdychanie, słońcowanie i uśmiechanie. Niech przemówią zdjęcia. //

And then? And then there was visiting, watching, walking, coffeeing, eating, sleeping, dreaming, sighing, sunning and smiling. Let the pictures speak.

A po powrocie mój ukochany zaspiewal mi: //

And after coming back my One and Only sung to me:

Po słonecznych dniach i szumie morza zostały tylko wspomnienia. Hiszpanio, do następnego! // Sunny days and a sound of the sea are only a memory now. Spain, I will be seeing you again!

Kurczę, kurczę, to już dwa dni…

Styczeń 5, 2017

…odkąd nie ma mnie na Facebooku! Nie, żebym liczyła każdą sekundę spedzoną poza…

No dobra, szczerość jest rzeczą szlachetną – kusi. Jeśli ktoś tak jak ja spędza większość swojego czasu naciskając „odśwież” nic dziwnego, że trochę tego brakuje. Od przedwczoraj przeczytałam dwie książki i prawie kończę trzecią (wszystkie niesłychanie nudne). Jeszcze chyba trochę przyjdzie mi poczekać na rzekome natchnienie, które podobno nachodzi ludzi trzymających się z dala od tego medium społecznościowego. Chociaż już po godzinie od wyłączenia Fejsa w głowie miałam obraz maciupeńkiej dziewczynki mieszkającej w wydrążonym żołędziu.

Nie żebym miała jakieś „mniej Facebooka, więcej świata!” postanowienie noworoczne. Od tak rzuciłam przedwczoraj wieczorem – ciekawe, czy uda mi się wytrzymać dzień bez Facebooka. To już dzień drugi, a ja trzymam się dzielnie. W takim tempie za tydzień skończę czytać wszystkie książki świata, za dwa będę specem od programowania i robotyki, a za pięć będę siedzieć na Marsie, machając nogami i przegryzając dopiero co wychodowaną przeze mnie marsjańską marchewkę.

p8080014-humanonmars-1024x768

W całej tej jakże korzystnej sytuacji widzę tylko jeden maleńki problem – gdzież ja teraz udostępnię linka do mojego nowego wpisu?!

To już 6 lat…

Październik 20, 2016

… odkąd zmieniłam kraj zamieszkania z polskiego na angielski. Przydarzyło mi się kilka innych miejsc w międzyczasie, ale ta zamiana zdaje się trwać nadłużej.

Zmiany? Wciąż wolę moją herbatę bez mleka, ale trochę więcej rozmawiam o pogodzie. Zaczęłam przepraszać ludzi, kiedy nadepną mi na nogę, ale już krótkich, bezmyślnych konwersacji z nimi nie poprowadzę. Uwielbiam kosmicznie neonowy groszek serwowany z rybą i frytkami

ale od anyżowych cukierków trzymam się z daleka.

Myślę, mówię i śnię głównie po angielsku, ale na jesień odzywa się we mnie Włóczykij i każe snuć rozmyślania o dalekich podróżach po polsku.

W Anglii jestem Joanną (czyt. Dżoaną) i czasem tęskni mi się za byciem Aśiką. Chociaż i ta wersja mnie miała swoje minusy.

Może za kolejne 6 lat będę Hoaną z Hiszpanii? Niech no ja się tylko nauczę tego ich pięknego języka.

Przez przypadki

Kwiecień 17, 2016

No i znów upłynęło trochę wody w rzece, zanim zebrałam się na pisanie. W międzyczasie odwiedziliśmy Kopenhagę

IMG_20151225_154835.jpg

Tivoli Gardens

Cardiff

IMG_20151231_112033.jpg

Niedźwiedź

i Barcelonę. Tę ostatnią trudno było opuścić – słońce, tapas, plaża i wszechogarniająca błogość.

IMG_20160327_194239.jpg

Oliwki <3

No ale wrócić było trzeba do pracy, w której próbuję stworzyć statystyki dla naszego systemu list czytelniczych (żeby pokazać, że w naszym ukrytym biurze naprawdę ciężko pracujemy), pomagam zespołowi zajmującemu się Otwartym dostępem   (głownie przez kopiuj+wklej, ale w przyszłym tygodniu podobno mamy zająć się czymś trochę bardziej skomplikowanym), oraz biorę udział w konferencjach o User Experience (no dobra, w jednej), które są niezmiernie odświeżające dla umysłu i czemuż to ja nie mogę pracować wśród tak entuzjastycznych i otwartych ludzi.

A dodatkowo czeka mnie przeprowadzka – z domu na obrzeżach miasta przeprowadzamy się do samego centrum. Nie mogę się już doczekać kiedy wszystkie graty mojego Towarzysza Życia zostaną sprzedane/oddane/wyrzucone, i kiedy będziemy mogli przejąć mniejsze (mniej sprzątania!), mniej zagracone (a przynajmniej taką mam nadzieję, walczę dzielnie) mieszkanko, którego ogród (znajdujący się tuż za rogiem) będzie wyglądał tak:

Sława i Bogactwo może jeszcze nie przyszły, ale fontannę już mam.

Jak dobrze…

Listopad 27, 2015

… tak czasem wrócić do domu i nic nie musieć. Zdjąć buty, odwiesić płaszcz. Odetchnąć. Nie mieć planów na wieczór, mimo że weekend. Nigdzie się nie wybierać, z nikim się nie spotykać. Być sam na sam ze sobą. Wziąć prysznic, odprężyć się. Obejrzeć kolejny odcinek Utopii. Odgrzać chowder kukurydziany, a potem powoli, bez pośpiechu, przyrządzić wegetariańskie hamburgery (no i co z tego, że trochę się rozpadły, skoro i tak smaczne). Przeciągnąć się, poczuć zmęczenie. Przypomnieć sobie o dawno niesłuchanym zespole Los Campesinos i włączyć muzyczne wspomnienia. Wpełznąć do łóżka, rozgościć się w błogości. Może jeszcze coś obejrzeć, albo i nie. Napisać krótką, leniwą notkę. Uśmiechnąć się do siebie i swoich marzeń.

Odpocząć.

Praga

Kwiecień 18, 2015

Od ostatniego postu trochę się zmieniło. Oczywiście najpierw obcięłam włosy. Potem dostałam nową pracę (dalej w bibliotece, ale na pełny etat i w innym zespole), a potem wybrałam się do Pragi.

W Pradze wylądowaliśmy w Niedzielę Wielkanocną około 18 (-my, bo oczywiście towarzyszył mi Scott). Już przed wyjazdem zdecydowaliśmy, jak zwykle zresztą, że do naszego hostelu dostaniemy się środkami komunikacji publicznej. Taksówki podobno są niesamowicie drogie (zwłaszcza dla obcokrajowców), specjalne busy jeżdżące z lotniska do centrum też wydawały się dosyć kosztowne. Dlatego Scott obmyślił trasę i ruszyliśmy. Wychodząc z hali przylotów zauważyliśmy nasz autobus właśnie zatrzymujący się na przystanku. Udało nam się go złapać. Potem podjechało pod nas metro. Gdy z niego wyszliśmy, tramwaj już czekał. Potem krótki marsz ulicą Mala Strana i byliśmy u celu.

W hostelu szybki prysznic i udaliśmy się na oglądanie nocnej Pragi. Naszym pierwszym przystankiem była bardzo fajna knajpka Blue Light. Zapomniałam dodać, że przed przyjazdem oznaczyliśmy sobie na Google MyMaps wszelkie miejsca, które chcieliśmy odwiedzić. 90% z nich to były knajpy…

Po krótkiej kąpieli w niebieskim świetle udaliśmy się na tułaczkę krętymi uliczkami. I jaka to była uczta dla oczu! Piękne budynki dookoła, co chwilę szczerzyły się na nas z góry gargulce, brukowane uliczki odbijały blask latarni. Tak sobie błądząc dotarliśmy do ściany Johna Lennona. A potem do pubu Johna Lennona. W tym warto zanotować, że do toalety wchodzi się przez czerwoną budkę telefoniczną.

IMG_0013

Na koniec znaleźliśmy Klub Újezd, w którym są trzy poziomy – w piwnicy zwykle grają DJe (w Wielkanocną niedzielę piwniczka była prawie martwa), na poziomie ulicy jest kawiarnia, a na górze knajpa. W całym budynku można znaleźć dziwną sztukę. Nie mogę na razie znaleźć kto jest autorem tych dziwacznych postaci, ale są bardzo specyficzne i warte zobaczenia.

IMG_0014

Lany Poniedziałek przywitał nas śniegiem.

IMG_0019

W ten dzień zdecydowaliśmy, że wybierzemy się do Wyszehradu. Po drodze zobaczyliśmy pierwszą z rzeźb Davida Černego.

IMG_0024

Udało się też nam po drodze zahaczyć o tańczący dom.

IMG_0026

(Podobno Czesi nadali tej parze imiona Fred i Ginger).

A potem, po chwilowej dezorientacji spowodowanej dziwnym zachowaniem GPSu, dostaliśmy się do górnego zamku.

Jakie było moje zdziwienie, gdy na cmentarzu zobaczyłam grób sławnego czeskiego komika Vlasty Buriana, o którym kiedyś uczyłam się na kursie na studiach. Jako że Vlasta zaczynał swoją karierę w niemym kinie, znany był ze swoich ekspresyjnych dłoni, które zostały uwiecznione na jego grobie.

IMG_0033

Samo miejsce jest magiczne (cały Wyszehrad, nie tylko cmentarz) i ma fantastyczny widok na Pragę.

IMG_0043

Po całych tych wędrówkach musieliśmy pokrzepić się kawą…

IMG_0041

… aby nabrać nowych sił na powrót.

Podczas spaceru do hostelu słońce stwierdziło, że wystarczającego już nam zrobiło psikusa z tym śniegiem, i zdecydowało się wyjść zza chmurzyc. I zwrócić naszą uwagę na kolejną rzeźbę Cernego.

IMG_0051

Udało nam się też skosztować fantastycznego czeskiego gulaszu. Scott swój zamówił w chlebie, ja mój z knedlikami. Czy raczej, w moim pojmowaniu świata, z pyzami. Był przepyszny. CIemny, gęsty, z głębią smaku. Mimo że jest dopiero wpół do dziesiątej, mogłabym i teraz zjeść miskę.

(Pisanie notki przerwałam na kilka godzin ze względu na to, że wybrałam się na tańcowanie. Tak, o dziesiątej rano. Było super. A potem poszłam na targ i kupiłam wołowinę. Na gulasz.)

Wieczór spędziliśmy na Zizkovie, gdzie spotkaliśmy się z Janem (którego nie widziałam 4 lata!)

10995618_10153245497468035_5849063624832230337_n

a potem wróciliśmy we własne okolice, gdzie przez resztę nocnego czasu obserwowały nas koty.

IMG_0053

Następny dzień znów poświęcony był na zwiedzanie. Moja noga już poprzedniego dnia dawała się mocno we znaki (chodzenie po nierównym bruku niezbyt podobało się moim kończynom), a we wtorek prawie zupełnie odmówiła posłuszeństwa. Do końca wycieczki musiałam więc kuśtykać. Ale warto było, bowiem udało nam się zobaczyć sporo ciekawych rzeczy. Takich jak muzeum efektów specjalnych Karla Zemana

IMG_0058

11011236_10153247137038035_3891665912869663845_n

Zamkowe okolice

IMG_0068IMG_0085

Oraz muzeum zabawek.

IMG_0080

Po tych wszystkich zobaczeniach byliśmy głodni jak wilki, więc Scott zdecydował się zjeść golonkę większą niż jego głowa

IMG_0086

A wieczorem wybraliśmy się na koncert niemieckiego zespołu Her Golden Whip, grającego muzykę bałkańską

IMG_0087

Środa upłynęła pod znakiem wizyty w Terezinie.

IMG_0091

Potem było sushi (przesmaczne, w Yami Sushi).

IMG_0092

A potem muzyczna noc w Klubovna, gdzie udało nam się zobaczyć dwa czeskie i jeden angielski zespół. Towarzyszył nam tu też Jan, który nagle napomknął, że w jednym z centrów handlowych można za 300 koron dostać „tyle, ile możesz zjeść” sushi… No żebyście mogli usłyszeć moje westchnienie rozpaczy i tęsknoty… Następnym razem!

IMG_0097

Mimo tak tragicznego obrotu jedzeniowych spraw, wieczór był bardzo udany.

W ostatni dzień, jako że mieliśmy sporo czasu przed odlotem samolotu, wędrowaliśmy do upadłego. Udało nam się znaleźć kolejną rzeźbę Cernego w pasażu Lucerna

IMG_0106

i plac Wacława

IMG_0108

a także nakupić hermelina (czeskiego sera, który przypomina camember, jest przesmaczny jeśli się go zamarynuje w oleju z przyprawami, a którego nawet w Pradze nie skosztowaliśmy!)

IMG_0124

Pragę opuszczaliśmy z niechęcią – przyświecało nam słońce

IMG_0117

otaczały BĄBELKIIIII

IMG_0120

I ogólnie czuliśmy, że 4 dni to za mało, żeby wszystko zobaczyć.

No cóż, do następnego razu…