Nastroje // Moods

Marzec 4, 2018

Dziś zaczęliśmy przyglądać się naszym rzeczom. Uważnie, spokojnie, debatując nad tym, czy oddać je do sklepów z używanymi przedmiotami, czy sprzedać. I nagle dotarło do mnie, że planujemy zostawić wszystko i udać się w nieznane. Że nie mogę zabrać ze sobą namiotu, który kupiłam jadąc do Indii i myśląc, że będę koczować w szczerym polu. Albo mojego plecaka, o którym myślałam, że musi być bardzo lekki, bo będę musiała uciekać przed tygrysami. Nie będę mogła wstać rano i zrobić sobie rumiankowej herbaty w ulubionym kubku. Zapalić ulubionej świeczki. Pójść do ulubionej kawiarni. I wiem, że to wszystko małe, nieistotne sprawy, ale nagle wszystkie rzuciły się na mnie, przytłaczając mnie swoją obecnością.

//

Today we’ve started to look at our things. Slowly, steadily, discussing giving them away or selling them. And suddenly it hit me that we are planning to leave everything behind and travel into the unknown. That I won’t be able to take with my my tent that I bought when going to India, when I thought I will sleep in the wilderness. Or my backpack, which I bought light enough so that I can escape the tigers. That I won’t be able to get up in the morning and make a chamomile tea in my favourite cup. Lit my favourite candle. Go to my favourite cafe. And I know that they are all small, irrelevant things, but today they all pounced on me, heavily lying on my mind.


I wiem, że jak tylko zarzucę (jakiś) plecak na ramiona i wsiądę do pociągu, mój duch podróżny obudzi się i zacznie radosne świętowanie wolności. Do tego czasu zwinę się w kłębek i przeczekam niepokoje. Najprawdopodobniej tuląc do siebie swój namiot.

//

And I know that as soon as I put (some) backpack on my shoulders and board a train, my travelling spirit will awake and I will start a joyful celebration of freedom. Until then I will curl up in a ball and wait for the anxiety to pass. Most likely whilst cuddling my tent.

Reklamy

Jak pewnie wszyscy dobrze wiecie…

Styczeń 27, 2018

– tak zwykle zaczynają swoje wpisy/vlogi ludzie, którzy myślą, że inni śledzą z zapartym tchem wszelkie ich poczynania. Poudawajmy więc przez chwilę, że Wy też czynicie. Zatem:

Jak pewnie wszyscy dobrze wiecie, zbliżają się moje urodziny. Powoli, ostrożnie, ale jednak coraz do nich bliżej. No więc jak lepiej ułagodzić to nieuchronne starzenie się, jak nie wyprawą. W tym roku do Granady.

Miało być inaczej, miałam nigdzie nie jechać i oszczędzać pieniądze na Wielką Wyprawę. Czy też przerwy zażyć lokalnie – wynająć domek w którejś z uroczych wioseczek i siedzieć, dumać, pisać, rysować. No ale co ja mam zrobić, jak tak zupełnie, ale to zupełnie przypadkiem (no bo nie, że patrzyłam, czy coś)  okazuje się, że taniej jest pojechać do Hiszpanii. No to pojechałam.

Pierwszy dzień zaczął się od gorączkowych przygotowywań – mój pociąg odjeżdżał o 13:00, a ja byłam kompletnie w proszku. Zatem: siłownia, brakujące kosmetyki, zapisanie się do lekarza, kupienie euro, zarejestrowanie się na zębową wizytę i zrobienie obiadu. Wszystko zostało skrzętnie odhaczone na życiowej liście „do zrobienia”.

IMG_20180122_125623

Od ostatniej podróży pociągi jadące na lotnisko trochę się zmieniły…

Sama podróż odbyła się bez większych przygód. Do hostelu dotarłam bez problemu i… padłam. Wieczór upłynął na czytaniu i odpoczywaniu – co było do przewidzenia w moim przypadku (kolejna rzecz, o której wszyscy dobrze wiecie).

Przed wyjazdem do Granady wszyscy, którzy albo tam byli, albo stamtąd są, powiedzieli mi, żebym koniecznie, ale to koniecznie kupiła bilety do Alhambry. Najlepiej jest je zarezerwować na sporo przed wyjazdem – aby uniknąć kolejek, jak też możliwości, że będą wyprzedane (można to zrobić tutaj: https://tickets.alhambra-patronato.es/en/). Tak też zrobiłam, i we wtorek udałam się do fortecy.

Twierdza jest niesamowite. Całe trzy godziny, które tam spędziłam, tylko ochałam i achałam nad ludzkimi możliwościami. Rzeźbienia, zdobienia, wykładane kamieniami dróżki, wielkie komnaty – wszystko to robi przeogromne wrażenie. Dodatkowym bonusem są wspaniałe widoki na Granadę z wysokich wież. Najbardziej chyba podobały mi się rzeźbione sufity, które jednocześnie wyglądały jak stalaktyty i plastry miodu.

Dodatkowo Alhambra zamieszkana jest przez koty – jest ich tam mnóstwo, zatem nawet dla samych zwierzaków warto się tam wybrać.

Na obiad udałam się do Puerta de Syria na falafela. Był smaczny (choć Scott robi lepsze).

IMG_20180123_130226

A wieczorem zaczepiłam się w Bohemia Jazz Cafe, która klimatem przypomiała mi krakowskie knajpki. Bardzo fajne miejsce, warte odwiedzenia.

Środę zaczęłam od tostów z pomidorami w Cafe 4 Gatos (polecam!), pokręciłam się po Sacromonte i odwiedziłam muzeum jaskiń (bo dużo tam jest jaskiń, które najpierw zamieszkiwali Cyganie, a teraz zamieszkuje je sporo podróżników i hippisów). Do zamieszkanych jaskiń nie dotarłam – może następnym razem. Muzeum jest bardzo ciekawe – plus znajduje się na wzgórzu, więc pełno stamtąd ślicznych widoków.

A wieczorem spotkałam się z ludźmi z CouchSurfingu – najpierw w barze Terra, potem poszliśmy tańcować do uroczego baru Pata Palo (nawet sama nazwa brzmi świetnie!), a potem ci najwytrwalsi (do której to grupy o dziwo zaliczałam się i ja), udaliśmy się do dyskoteki Boogaclub. Do hostelu wróciłam o ósmej rano, z 20 km naliczonymi od północy przez mój zegarek (tak, takie to były intensywne harce!).

W czwartek miałam spotkać się z dwiema dziewczynami z CouchSurfingu, aby zobaczyć pizzerię w jaskini, niestety przewodniczka grupy musiała w ostatnim momencie zrezygnować z powodu kłopotów z mieszkaniem. Pizerrię zamieniłam więc na wegańską restaurację Hikuri Art Vegan (którą polecam), a wyprawę do jaskiń na wyprawę na górę Silla de Moro, gdzie z ludźmi których poznałam poprzedniego dnia miło spędziłam czas wygrzewając się w słońcu, ucząc się żonglować, budując Castillo de Joanna i znajdując moje pierwsze pudełko w geocatching

A potem trzeba było wrócić do domu. Dobrze, że w ramiona ukochanego, inaczej depresja popodróżna byłaby nie do zniesienia.

Do następnego, Hiszpanio!

Ojojoj

Styczeń 6, 2018

No ale żeby nic tu się nie pojawiło od czerwca zeszłego roku, to już tragedia. Czy ktoś ma przy sobie rózgę od Mikołaja, żeby wytrzaskać z Aśiki niemoc pisania? Jeśli tak, to poproszę, a niech sobie nie myśli, że się tak łatwo wykaraska z tworzenia wspomnień.

Miałam rzucić w kąt niewymyślone postanowienia noworoczne, no ale widzę, że tu potrzebna jest Interwencja.

Zatem publicznie ogłaszam, że w nowym roku będę więcej się tu pojawiać, opowiadać co się dookoła mnie dzieje i pokazać trochę zdjęć – chociaż ostatnio nawet tych za dużo nie cykam.

Może i nikogo już tu nie ma, ale jestem ja. A to powinno wystarczyć.

Joanno, do roboty!

10 dni… // 10 days…

Czerwiec 23, 2017

… przez które nie czułam się głupia nie potrafiąc wypowiedzieć jakiegoś słowa, bo wszystkie grzecznie czekały w głowie na swoją kolej.

10 dni, przez które ani razu nie usłyszałam żartu ani przytyku o byciu imigrantką.

10 dni jazdy przez lasy, pola, wsie i miasta, w których tyle jeszcze polskości zapamiętanej z czasów dzieciństwa.

10 dni odwiedziń rodziny i spotkań ze znajomymi.

10 dni ciekawości, co by było gdyby życie potoczyło się innymi torami i to miejsce nazywałabym domem.

10 dni w Polsce na odnalezienie tych kawałków siebie, które jakoś się ostatnio zawieruszyły.

10 dni na zresetowanie przegrzanych zwojów mózgowych, żeby z nowymi siłami zabrać się za życie.

A teraz czas na tradycyjną brytyjską rybę z frytkami i tłuczonym neonowym groszkiem. Bycie hybrydowym, międzygranicowym tworem współczesności ma swoje kulinarne zalety.

//

… during which I didn’t feel stupid fumbling for words, because they all waited patiently in my head, ready to be spoken.

10 days of not hearing even once a joke or allusion to being an immigrant.

10 days of a ride through the forests, fields, villages and town still full of polishness, so well remembered from the childhood.

10 days of meetings with family and friends.

10 days of curiosity about the alternative reality in which I have chosen to stay and called that place home.

10 days in Poland of collecting and recovering the pieces of me that recently went missing.

10 days to reset my overheated brain coils and to get on with life with a new energy.

And now it’s time for traditional British fish&chips with mushy peas. Being a multiboardered hybridised creation of contemporaneity has its culinary perks.

Sharow Lantern Carnival

Kwiecień 11, 2017

Kiedy byłam mała, wierzyłam w magię zaklętą w różdżkach, zaklęcia rzucane przez czarodziei, i maści na wszelkie dolegliwości przygotowywane przez szeptuchy. Dorosłość zmieniła moje poglądy – odkryłam, że są różne rodzaje magii.

Jednym z nich jest ta wytwarzana przez ludzi, którzy zbierają się razem w celu szerzenia radości, kreatywności i otuchy. Tak jak podczas Sharrow Lantern Festival, który odbył się w niedzielę w Sheffield.


Przygotowania do niego trwają cały rok. Wolontariusze prowadzą warsztaty budowania niesamowitych latarń – co roku z innym motywem przewodnim. Był między innymi kosmos i owady, a w tym roku dżungla i jej mieszkańcy. Odbywają się też różne wydarzenia, dzięki którym możliwe jest zebranie funduszy potrzebnych na poprowadzenie parady.


Samo wydarzenie jest fantastyczne – pochód rozpoczyna się w jednym z parków, przechodzi krętymi uliczkami dzielnicy Sharrow, by potem zakończyć się koncertami w parku cmentarnym. Jest coś niesamowitego i fascynującego w świętowaniu życia tuż obok śpiących snem wiecznym.


W tym roku nie dotrwałam do świętowania. Po paradzie udałam się do domu, aby zażyć może nie wiecznego, ale całkiem długiego i potrzebnego snu. Bo dorosłość to nie tylko zmiana wierzeń – to również niesamowite zmęczenie. Nie dorastajcie, lepiej wierzyć we wróżki.


//


I used to believe in magic living in wands, wizards casting spells and various potions brewed by the old, wise women. Growing up changed my perception – I discovered that there are many kinds of magic.


One of them is the one that appears when people gather together to express and share their creativity, joy and hope. As during the Sharow Lantern Carnival, which happened last Sunday.


The preparations to it lasts a whole year. Volunteers led workshop on building lanterns – with a different theme every year. There was space and bugs, and this year it was jungle and its occupants. There are also various events to raise funds to make this parade available.


The Carnival itself is fantastic – it starts in one of Sheffield parks, winds through the streets of  the Sharrow district and ends with live music and performances in the cemetery park. There is something mystical and fascinating in celebrating life right next to the ones that sleep their eternal sleep.


I didn’t make it to the celebration. After a parade I went back home to sleep – not eternally, but long enough to recover. Being grown up brought me not only change in beliefs, but also insane tiredness. Do not grow up – believe in fairies instead.



Czego oczy nie widzą, to im pokaż // What the eye doesn’t see, show it.

Marzec 27, 2017

Tak łatwo w swoich poszukiwaniach nieustannych przygód przegapić te, które chowają się w najbardziej niewidocznych miejscach – za rogiem bloku, po drugiej stronie ulicy, na drugim końcu miasta. W ubiegłą sobotę postanowiliśmy ze Scottem odkopać jeden taki skarb – ulicę Abbeydale. Od naszego mieszkania to 15 minut autobusem, albo pół godziny piechotą. Ulica ta skrywa wiele uroczych miejsc, o których opowiem za chwilę. //

In the constant search for adventure it is so easy to overlook those that hide in the most difficult places – behind the corner of the block, on the opposite side of the road, at the other end of town. Last Saturday Scott and me decided to uncover one of the hidden treasures – Abbeydale Road. It contains lots of lovely places – I will tell you about them in a while.

Podróż rozpoczęliśmy od jazdy autobusem – wysiedliśmy przy barze o nazwie Broadfield. Za wcześnie jeszcze było na alkoholowe pokrzepienie, więc ruszyliśmy dalej. 

Naszym pierwszym przystankiem była piekarnia Forge Bakehouse. Skusiliśmy się na chleb z ziarnami słonecznika i lnem. Był przepyszny (zwłaszcza zapieczony z serem, pesto i przecierem pomidorowym). Podejrzewam, że kolejna wizyta skończy się zakupem jednego (kogo ja próbuję oszukać?) z ich smakowicie wyglądających ciast. Tarto z orzechami pekan – mówię o Tobie! //

We started our adventure with a bus journey – we got out near the Broadfield pub. It was too early for the alkoholic beverages, so we went on.

The first stop was the Forge Bakehouse. We purchased bread with linseen and sunflower seeds. It was delicious (and when toasted with cheese, pesto and tomato puree – oh my word!). I think next time will be the time to try one (as if) of their cakes. Pecan pie – I’m talking about you! //

Odwiedziliśmy też dziwne sklepy z bardzo różnorodnym asortymentem. W jednym z nich kupiłam książkę Johna Wyndhama „Poczwarki”. Z okładki dowiedziałam się, że to autor „Dnia Tryfidów”, którego filmową adaptację uwielbiam, pełna więc jestem nadziei na świetność. //

We have visited various shops with quirky assortiment. In one of them I bought a book „Chrysalids” by John Wyndham. On the cover I read that he’s the author of „The day of the Triffids”, which in its film form I love, so I am excited to read it.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Następnie udaliśmy się do Mr. Pickles’ Yorkshire Food Emporium, gdzie zaopatrzyliśmy się w ciekawe piwa. Czekam z utęsknieniem na piątek, kiedy zamierzam dobrać się do mojego marmoladowego portera. //

Next we headed to the shop called Mr. Pickles’ Yorkshire Food Emporium, where we have bought interesting beers. I can’t wait for Friday and getting into my Marmelade Porter.

Na śniadanie zawitaliśmy do kawiarni Bragazzis. Poczułam się tak zupełnie kontynentalnie – w Anglii brakowało mi takich fajnych kawiarenek. Zamówiliśmy kawę i kanapki, które okazały się przepyszne. //

For breakfast we decided to go to Bragazzis. I felt so European in there! I have missed quirky cafes like that in England. We ordered coffee and sandwiches – which turned out to be delicious.

#colorsofcoffee Sheffield: Bragazzis

Potem Scott rzucił się na mięso u polskiego rzeźnika (który podobno ma tam sklep od lat i sprzedaje najlepsze kiełbasy w Sheffield). Ja mięsa nie jem od ponad roku, więc się nie rzucałam. //

After that Scott threw himself into the meat purchases at the Polish butcher (that apparently is there for years and sells the best sausages in Sheffield). I don’t eat meat for over a year now, so I stayed put.

The dog I didn’t eat

Reszta była miłym spacerem powrotnym – pogoda dopisała, marchewkowo-przyszłościowe okulary przeciwsłoneczne wylądowały na nosie, a czas płynął błogo. Dobrze tak czasem poodkrywać to, co nie jest w żadnej mierze zakryte, i dlatego tak trudne do zauważenia. Polecam ja, Jarząbek. //

The rest was a nice walk – the weather was nice, my futuristic carrot sunglasses landed on my nose, and the time went slowly by. It’s so nice to discover places that are not in any way hidden, and that’s why so difficult to find. I can highly recommend that.

Grandpa Scott

Opowiadania z Doliny Muminków // Moominvaley stories

Marzec 8, 2017

Pewnego dnia, przeglądając jak zwykle Internetowe głębie, natknęłam się na fantastyczną wiadomość – w szwedzkojęzycznym teatrze w Helsinkach wystawiona będzie sztuka o Tove Jansson. Po szwedzku potrafię tylko podziękować i przeprosić (uwielbienie do kina szwedzkiego ma dużo zalet), więc dużo bym ze sztuki nie zrozumiała. Na stronie ogłoszono jednak, że sztuka ma napisy po angielsku! Po (bardzo, wręcz nieistniejącym) krótkim wahaniu kupiłam bilet na sztukę, bilety lotnicze i zarezerwowałam hostel. Pierwszy weekend marca zapowiadał się bajecznie. //

One day, during my swim in the Internet ocean, I found an exciting news – there was to be a play about Tove Jansson in Swedish theatre in Helsinki. Now in Swedish the only things I can say are thank you and sorry (years of indulging in Scandinavian cinema), so I wouldn’t understand much from the play. The website I found the information on announced that there will be English subtitles though. After (very short, nearly non-existent) hesitation I bought my ticket for play, plane tickets and booked my hostel. The first weekend of March was going to be absolutely amazing.

Około tygodnia przed wyjazdem przeglądałam sobie stronę teatru (bilety kupiłam przed premierą sztuki, po premierze było na niej o wiele więcej informacji). Nagle zauważyłam, że napisy do Tove są tylko po szwedzku i fińsku! Hola, hola, pomyślałam, jestem pewna, że powinne też być po angielsku. Napisałam do teatru i odpowiedź była bardzo rozczarowująca – to był błąd na stronie, spowodowany faktem, że sztuki w poprzednim sezonie opatrzone były napisami w tymże języku. Przemiła pani, z którą korespondowałam powiedziała, że spróbuje przesłać mi scenariusz po angielsku, oraz że dostanę zwrot pieniędzy za bilet. Trochę mnie to rozczarowało, ale w Helsinkach miałam sporo planów poza teatrem, więc dalej nie mogłam się doczekać wyjazdu. //

About a week before my trip to Helsinki I was browsing the site of the theatre. I bought my tickets for Tove before the premiere, so now there was more information about it. Suddenly I noticed that the subtitles for the play are only in Swedish and Finnish. Whoa, I thought, I was sure they should be in English as well! I wrote to the theatre and got a disappointing response – it was a mistake on the website, they used to get English subtitles to play in previous season. A wonderful woman who was replying to me said that she will try to get me a synopsis in English and will refund me on the ticket. I was a bit disappointed, but then again I had more things I wanted to do in Helsinki, so I was still looking forward to the adventure.

***

A teraz przygotujcie się na zwrot akcji, który może wydawać się możliwy tylko w książkach albo filmach – dwa dni przed wyjazdem dostałam kolejny email. Marie (bo tak ma pani pracująca w teatrze) napisała, że ona i jej dwójka współpracowników zdecydowali się przetłumaczyć napisy na angielski – tylko dla mnie! Taki ten świat jest czasem przyjazny. //

And now prepare for a twist that you could expect only from books or movies – two days before my trip I’ve got another email. Marie (who was coresponding with me) told me that her and two of her colleagues decided to translate the subtitles to English – just for me! Sometimes, this world is wonderful.

***

Tuż przed rozpoczęciem sztuki przeżyłam chwilę grozy. Pan szatniarz, na moje pytanie o urządzenie z napisami odpowiedział, że owszem, takie urządzenie jest, ale napisy w nim są tylko po szwedzku i fińsku. Urządzenie to nie działało również poza salą widowiskową, do ostatniego momentu więc nie wiedziałam, czy przypadkiem nie przenieść się w przyszłość, wszczepić chip z językiem szwedzkim, a potem wrócić do obecnego momentu. Takie drastyczne działanie na szczęście nie było konieczne – język angielski pojawił się na moim ekranie! //

I lived through some moments of horror just before the play. After I left my coat in the cloackroom and enquired about the device with the subtitles, I was told by the portier that of course, I can have one, but there are no subtitles in English on it. The device didn’t work outside the stage area as well, so up until the last moment I wasn’t sure if it wouldn’t be a good idea to go to the future, implant a chip with a Swedish language and come back. Fortunately it deemed to be unneccessary and the English subtitles appeared on my screen!

Sztuka była cudowna. Zabawna, smutna, ciekawa i dała mi niesamowity, jedyny w swoim rodzaju wgląd w życie Tove Jansson. Sam teatr był przepiękny i nawet cena 8 euro za mały kieliszek wina nie zmieniła mojej opinii. //

Play was amazing. Funny, sad, interesting and gave me a great and one in a kind insight into the life of Tove Jansson. The theatre itself was beautiful. Even paying 8 euros for a small glass of wine didn’t change my opinion.


A kolejnego dnia wybrałam się zobaczyć ulicę i dom, w którym Tove mieszkała do 20 roku życia. Przeszłam się po parku (a raczej małym skwerku) nazwanym jej imieniem. Odwiedziłam dwie muminkowe kawiarnie (w pierwszej zapiszczałam z radości na widok mojej kawy zaserwowanej w kubku z Włóczykijem, w drugiej spotkałam się z koleżanką z Erasmusa Julie). Zobaczyłam też freski, które Tove pierwotnie namalowała dla jednej z helsińskich restauracji, a która teraz znajduje się w muzeum HAM (które pachnie jak popcorn, bo jest w tym samym budynku co kino). Kupiłam muminkowe kawę i herbatę, a potem wróciłam do domu. Jeden z najpiękniejszych, najbardziej inspirujących weekendów, jakie przyszło mi przeżyć. Oby takich jak najwięcej. Życie, czytasz? //

The next day I went to see the street and a house that Tove used to live on till she was 20 years old. I wandered through the park (or rather a small square) named after her. I visited two Moomin cafes (in the first one I squealed with joy when I saw my coffee served in a cup with Snufkin, in the second I met with my friend from Erasmus Julie). I saw an exhibition of murals that Tove originally painted for one of the restaurants, and now they are permanently placed in HAM museum (that smells like popcorn, because it’s in the same building as the cinema). I bought Moomin coffee and tea, and went back home. This was one of the most joyful, inspiring weekends in a long time. I would love to experience more of those. Life, are you reading this?

Malagowe przygody // Adventures in Malaga

Luty 3, 2017

„Co by tu zrobić w nadchodzące urodziny?” – pomyślałam pewnego wrześniowego poranka (bo jak każdemu wiadomo, urodziny to rzecz poważna i trzeba się nad nią długo zastanawiać). Trzeba Wam wiedzieć, że nie przepadam za hucznymi imprezami na moją cześć. Siedzenie w Sheffield też niezbyt mnie radowało. Weszłam zatem na stronę skyscanner.net i, decydując niby palcem na mapie, kupiłam najtańsze bilety na podróż w nieznane. Czyli do Malagi. //

„What to do for my next birthday?” – I wondered during one of the September’s mornings (because everybody knows that birthdays are a very serious matter and require prolonged consideration). You have to know that I’m not a fan of loud parties in my honour. I wasn’t that bothered about staying in Sheffield also. So I launched skyscanner.net and, just as if choosing by finger on the map, I bought the cheapest tickets to the unknown. That is, to Malaga.

IMG_20170127_174858342.jpg

Podróż do Malagi rozpoczęła się pobudką o czwartej nad ranem, jako że mój pociąg na lotnisko odchodził o piątej. Szczerze mówiąc pewnie i tak dłużej bym nie pospała, bo podróże zawsze wprawiają mnie w nastrój ekscytacji i niepokoju.

Do hostelu Casa al Sur dotarłam bez problemów. Po chwili niepewności, czy mój pokój jest już gotowy (okazało się, że jest – dwie godziny przed czasem!), dostałam do niego klucze. Moja radość nie miała granic – była w nim wanna! //

The journey to Malaga started at 4 am, as my train to the airport was leaving at 5. To be fair, I probably wouldn’t have slept much longer, as travels often make me excited and anxious.

I reached the hostel, Casa al Sur, without any problems. After a few moments of uncertainty to whether my room was ready (it was – two hours before it was supposed to be!), I  got keys to it. My joy was enormous – I had a bath!

IMG_20170128_132040047.jpgIMG_20170128_132058999.jpgIMG_20170128_132114770.jpg

Po szybkim prysznicu i trochę dłuższej sieście (no co, w końcu trzeba zanurzyć się w napotkanej kulturze!) stwierdziłam, że do życia koniecznie potrzebne są mi tapas. Udałam się zatem do miejsca polecanego w Internecie, nazwanego Casa Lola. Zamówiłam piwo i od razu dostałam do niego oliwki.

Jak wiadomo, na świecie są oliwki i oliwki. Te pierwsze dostępne są we wszelkich supermarketach, sałatkach, pizzach i potrawach na świecie. Te drugie znaleźć można tylko w śródziemnomorskich krajach. Nie mają sobie równych, ich intensywny smak od razu przenosi człowieka w nadprzestrzeń wrażeń.

No ale przecież nie po takie nieziemskie doświadczenia udałam się do tej tawerny. Zamówiłam więc patatas bravas, carpaccio de pulpo gambas con guacamole. Czyli pieczone ziemniaki, ośmiornicę i krewetki z guacamole. Wszystko było przepyszne. Jak się potem okazało, był to mój najlepszy posiłek. //

After a quick shower and not so quick siesta (as they say, you have to immerse yourself in the new culture!), I decided that I need some tapas in my life. I went to the place recommended somewhere on the Internet and called Casa Lola. I ordered a beer and straight away got some olives with it.

As it is known, there are olives and olives. The first kind is easily available in all supermarkets, salads, pizzas and dishes around the world. The second kind can only be found in Mediterranean countries. There is nothing like it, their intensive taste takes one into the hyperspace of sensations.

But it’s not for such extraterrestrial experiences that I came into this tavern. So I ordered patatas bravas, carpaccio de pulpo and gambas con guacamole. Which is: baked potatoes, octopus and prawns with guacamole. All was delicious. After my trip I can easily say that it was the best meal I have had in Malaga.

IMG_20170128_162949278.jpgIMG_20170128_165419345.jpg

A potem? A potem było zwiedzanie, oglądanie, łażenie, kawowanie, jedzenie, spanie, marzenie, wzdychanie, słońcowanie i uśmiechanie. Niech przemówią zdjęcia. //

And then? And then there was visiting, watching, walking, coffeeing, eating, sleeping, dreaming, sighing, sunning and smiling. Let the pictures speak.

A po powrocie mój ukochany zaspiewal mi: //

And after coming back my One and Only sung to me:

Po słonecznych dniach i szumie morza zostały tylko wspomnienia. Hiszpanio, do następnego! // Sunny days and a sound of the sea are only a memory now. Spain, I will be seeing you again!

Kurczę, kurczę, to już dwa dni…

Styczeń 5, 2017

…odkąd nie ma mnie na Facebooku! Nie, żebym liczyła każdą sekundę spedzoną poza…

No dobra, szczerość jest rzeczą szlachetną – kusi. Jeśli ktoś tak jak ja spędza większość swojego czasu naciskając „odśwież” nic dziwnego, że trochę tego brakuje. Od przedwczoraj przeczytałam dwie książki i prawie kończę trzecią (wszystkie niesłychanie nudne). Jeszcze chyba trochę przyjdzie mi poczekać na rzekome natchnienie, które podobno nachodzi ludzi trzymających się z dala od tego medium społecznościowego. Chociaż już po godzinie od wyłączenia Fejsa w głowie miałam obraz maciupeńkiej dziewczynki mieszkającej w wydrążonym żołędziu.

Nie żebym miała jakieś „mniej Facebooka, więcej świata!” postanowienie noworoczne. Od tak rzuciłam przedwczoraj wieczorem – ciekawe, czy uda mi się wytrzymać dzień bez Facebooka. To już dzień drugi, a ja trzymam się dzielnie. W takim tempie za tydzień skończę czytać wszystkie książki świata, za dwa będę specem od programowania i robotyki, a za pięć będę siedzieć na Marsie, machając nogami i przegryzając dopiero co wychodowaną przeze mnie marsjańską marchewkę.

p8080014-humanonmars-1024x768

W całej tej jakże korzystnej sytuacji widzę tylko jeden maleńki problem – gdzież ja teraz udostępnię linka do mojego nowego wpisu?!

To już 6 lat…

Październik 20, 2016

… odkąd zmieniłam kraj zamieszkania z polskiego na angielski. Przydarzyło mi się kilka innych miejsc w międzyczasie, ale ta zamiana zdaje się trwać nadłużej.

Zmiany? Wciąż wolę moją herbatę bez mleka, ale trochę więcej rozmawiam o pogodzie. Zaczęłam przepraszać ludzi, kiedy nadepną mi na nogę, ale już krótkich, bezmyślnych konwersacji z nimi nie poprowadzę. Uwielbiam kosmicznie neonowy groszek serwowany z rybą i frytkami

ale od anyżowych cukierków trzymam się z daleka.

Myślę, mówię i śnię głównie po angielsku, ale na jesień odzywa się we mnie Włóczykij i każe snuć rozmyślania o dalekich podróżach po polsku.

W Anglii jestem Joanną (czyt. Dżoaną) i czasem tęskni mi się za byciem Aśiką. Chociaż i ta wersja mnie miała swoje minusy.

Może za kolejne 6 lat będę Hoaną z Hiszpanii? Niech no ja się tylko nauczę tego ich pięknego języka.